piątek, 29 maja 2015

3c radośnie tworzy :-)

Uprowadzone

-Okropnie teraz wygląda.
-No, po tym botoksie to tragedia - odpowiedziała zdegustowana Zygfryda.
-Wiesz w ogóle, gdzie my jesteśmy? - spytała Koncita.
Zygfryda rozejrzała się wokół siebie.
-Nie mam pojęcia. W tym wierzenickim lesie wszystko wygląda tak samo.
Dziewczyny poszły przed siebie, szukając drogi. Nim się obejrzały, zapadł zmrok. Nagle za nimi trzasnęły gałęzie. 
-Słyszałaś to? - zapytała zdenerwowana Koncita.
-Tak... Może to jakieś zwierzę?- łudziła się Zygfryda. -Chodźmy dalej.
            Po kilu minutach Zygfryda znalazła wejście do kanału, w którym się ukryły. Było tam ciemno. Pod butami chrzęściły im suche liście i gałęzie.
-Strasznie się boję - powiedziała Koncita. -A jeżeli ktoś nas napadnie?!
-Nie panikuj! Wydostaniemy się stąd, kiedy wzejdzie słońce.
-Jestem za młoda, żeby umierać! - zaczęła szlochać Koncita.
W pewnym momencie z drugiego końca kanału usłyszały tupot stóp.
-Dziewczynki, co tu robicie o tej porze?- zapytał jakiś nieznajomy mężczyzna. Miał około czterdziestu lat. Był wysoki, zadbany i miał na sobie idealnie skrojony szary garnitur.
- A kim pan jest?- spytały zdenerwowane przyjaciółki.
-Jestem Dobromir. Mogę wam pomóc się stąd wydostać, bo widzę, że się zgubiłyście.
-A skąd mamy wiedzieć, że nie chce nas pan nigdzie zaciągnąć?
-A po co miałbym to robić? No, chodźcie już. Robi się coraz zimniej. 
Dziewczyny po krótkiej naradzie przystały na propozycję pana Dobromira. Szły w ciemnościach dość długo, podążając śladem mężczyzny. Po chwili ujrzały biały budynek. Był ogromny. Dobromir wprowadził je do środka, tłumacząc, że mogą tu przenocować. Trafiły do czystego pokoju z dwupiętrowym łóżkiem. Czuły się dość dziwnie w tym zimnym i nieznajomym miejscu. Poszły spać. 
            Dziewczyny obudziły się w tym samym momencie, nie wiedząc do końca, dlaczego. Było ciemno i cicho. Słyszały tylko swoje oddechy. Nagle ciszę przerwał przeraźliwy krzyk jakiejś kobiety. Zygfryda zerwała się momentalnie z łóżka i chciała wyjść na korytarz. Nie udało jej się. Drzwi były zakluczone.
-Zamykałyśmy drzwi?- zapytała Koncitę.
-Nie, na pewno nie.
-Coś jest nie tak z tym miejscem. Na dodatek strasznie boli mnie głowa. Musimy... - zaczęła Zygfryda, ale w pół zdania przerwała, bo znów usłyszała krzyk. 
-Co tu się dzieje? - spytała spanikowana towarzyszka. -Boję się. Musimy uciekać. Masz przy sobie komórkę?
-Tak, ale nie ma zasięgu. 
-O Boże, o Boże, o Boże...- panikowała Koncita.
Dziewczyny po chwili namysłu doszły do wniosku, że warto spróbować wyważyć drzwi. Jedno uderzenie, drugie, trzecie... i... BUM! Za czwartym razem wylądowały na korytarzu.
Wszystko było białe. Podłoga, ściany, sufity. Znów panowała nieznośna cisza. 
-Uciekajmy stąd… - wyszeptała Zygfryda.
            Koleżanki zerwały się do biegu. Mijały korytarze z pozamykanymi drzwiami od pokojów. Nie wiedziały, gdzie szukać wyjścia. Nie pamiętały drogi, którą przyprowadzał je Dobromir. 
Nagle otworzyły się drzwi, które chwilę wcześniej mijały. Na korytarzu pojawiła się sylwetka wysokiego mężczyzny. Dobromira.
-A wy dokąd?! - krzyknął ze wściekłością. 
Przyjaciółki przyśpieszyły. Nie wiedziały, jak się poruszać w zawiłych korytarzach. Wszystko wyglądało tak samo. Było białe i sterylne. Błądziły. Już traciły nadzieję, że uda im się wyjść, gdy zauważyły główne drzwi na końcu długiego korytarza. Były szczęśliwe, bo myślały, że już za chwilę będą na wolności. Jednak ich radość znikła tak szybko, jak się pojawiła, ponieważ z korytarza po prawej stronie wybiegł Dobromir. Nie był jednak sam. Tuż za nim szło dwóch mężczyzn trzymających w dłoniach kaftany. Było bardzo źle. Nieznajomi chwyciły dziewczyny, ale te nie poddały się bez walki. Zaczęły kopać, gryźć i drapać paznokciami. Udało im się wyrwać obcym. Z całych sił ruszyły przed siebie, ale nadal gonił je Dobromir. Gdy Zygfryda odwróciła się, aby ocenić dzielący ich dystans, spostrzegła, że mężczyzna jest cały czerwony na twarzy i powoli brakuje mu oddechu. Nie miał kondycji. 
-Drzwi są otwarte! - ucieszyła się Koncita.
Wybiegły na dwór. Było bardzo zimno. Na ziemi leżał śnieg.
-Jesienią pada śnieg? - zapytała Koncita.
-Nie.
Wbiegły w las. Nikt już ich nie gonił. Były wolne, lecz nie przestawały biec. Gdy oddaliły się kilka kilometrów od dziwnego budynku, pozwoliły sobie zwolnić, wiedząc, że już nikt ich nie znajdzie. 
Po chwili uwagę Zygfrydy przyciągnęło ogłoszenie o zaginięciu dwóch dziewczyn, które wisiało na pobliskim drzewie. 
-O Boże... To przecież my - wyszeptała Zygfryda.
-„Zaginione we wrześniu. Ostatni raz widziane na Starym Mieście w Poznaniu"- czytała dalej Koncita.
-Przetrzymywali nas? Tyle miesięcy? Ja nic nie pamiętam... Nic... - płakała koleżanka.
-Ja też nie.. Wydawało się, jakby minął jeden dzień...
            Zszokowane przyjaciółki po krótkim odpoczynku ruszyły dalej. Do domu. 

Autorzy: 
Karolina Stankowska, Wiktoria Florczyńska, Jan Schondelmayer, Przemek Maciejewski, Jan Łukasik 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Blogujemy :-)

Uczniowie klas 3a, 3b, 3d, 3e będą tworzyli swoje literackie blogi. Szczegóły oraz terminy narodzin kolejnych postów można śledzić w oparciu o poniższe linki:
naszeopowiadanie3e.blogspot.com
literacka3a.blogspot.com
opowiescizklasy3d.blogspot.com
watek3b.blogspot.com

MIŁEJ  LEKTURY  

poniedziałek, 9 lutego 2015

Wojna odbiera to, co najcenniejsze

Uczniowie klas trzecich pisali opowiadanie, które miało zrealizować powyższy temat. Wybrałam kilka tekstów i zachęcam do przeczytania. Ukazują m.in., że można różnorodnie interpretować to samo zagadnienie, wystarczy trochę inwencji, wiedzy i przede wszystkim - POMYSŁ.
Zachęcam do przeczytania zamieszczonych poniżej opowiadań:
Dziś a wczoraj
Wojna odbiera to, co jest najcenniejsze
Pociąg tragicznej przeszłości
Moja prywatna wojna
Wojenne dzieje ludzkości
Zatruta fontanna

Dziś a wczoraj

Rodzinne wspomnienia - historia prawdziwa. Opowiedziała Emilia Pic

Dziś a wczoraj
Wczoraj zadzwoniła do mnie moja ciocia - w rodzinie nazywana Musią. Okazało się, że ma dla mnie bardzo fajną propozycje, żebym razem z nią pojechała na  spotkanie Żołnierzy Światowego Związku Armii Krajowej. Bardzo się ucieszyłam, że akurat mi ciocia złożyła tą propozycję, nie mogła się już doczekać tego piątku, kiedy razem z nią pojadę do Warszawy i będę mogła poznać świadków czasów wojny, tych, których dotąd znałam tylko z opowieści. Cały tydzień spałam jak na szpilkach i czekałam na wyjazd. W końcu doczekałam się tego dnia. Nad ranem wsiadłyśmy z ciocią do ekspresu, który punktualnie wyruszył z Dworca Głównego w Poznaniu.
     Po chwili podróży ciocia zaczęła wspominać czasy wojny: „Najpierw ucieczka przed nacierającymi wojskami niemieckimi, potem powrót do domu w Gnieźnie. Kilka dni później nad ranem w mieszkaniu zjawili się niemieccy mieszkańcy Gniezna wraz z żołnierzami. Tak zaczęła się nasza wojenna tułaczka. Obóz przesiedleńczy, wyjazd do Piotrkowa Trybunalskiego. W końcu trafiliśmy do bardzo skromnego i zniszczonego mieszkania po Żydach. Nie było w nim ani wody, ani ubikacji, tylko wilgoć na ścianach i pluskwy. Niedługo potem starsza siostra Ewa chwyciła kontakt z Organizacją. Z czasem kierowała łącznością konspiracyjną oraz pracą kancelarii sztabu dywersji. Ja jako 15-latka zostałam łączniczką. W grudniu 1940 roku w pokoju, w półmroku, nie widząc twarzy dowódców, odebrano od nas przysięgę. Od tego czasu nazywano mnie „Małą”, a siostra przyjęła pseudonim „Emilia”. Niewielkie mieszkanie rodziców, w którym były dwa wejścia, idealnie nadawało się na punkt kontaktowy.”
W tym momencie chyba przysnęłam. W miejscu mojej cioci pojawił się wujek. Troszkę zdziwił mnie ten fakt, bo on od dawna już nie żyje. „…Mała i inne dziewczyny walczyły bez broni w ręku. Ja niestety się z nią nie rozstawałem i musiałem  nieraz jej użyć. Przed wojną ukończyłem Szkołę Oficerską, więc zasady walki nie były mi obce. Zaczęliśmy od zdobywania broni, potem broniliśmy ludność, wykonując wyroki na konfidentach i okupantach, niszczyliśmy dokumentacje wywozu Polaków na roboty oraz nadzoru rolnego. Paliliśmy tartaki, niszczyliśmy posterunki niemieckie, zaopatrywaliśmy partyzantów w lesie. W Boże Narodzenie 1944 roku odwiedziłem chorą matkę, po chwili aresztowało mnie Gestapo. Były przesłuchania, bicie, potem transport, w czasie nalotu pociąg zatrzymał się, wtedy udała się ucieczka. Parę dni później przeszedł front. I znów ucieczka, aresztowanie,  ukrywanie się”. W tym momencie ciocia obudziła mnie, mówiąc, że już połowa drogi do Warszawy i żebym tak nie chrapała, ale i tak dalej zasnęłam.
 Obok mnie usiadła nieznana mi postać.
- A Pan kim jest? – spytałam.
- Jestem Witold Pic, ale ty z pewnością nie możesz mnie pamiętać.  Moje życie zakończyło się w marcu 1943 roku podczas akcji przewożenia broni. Walczyłem w kampanii wrześniowej, później przez Węgry, Włochy, Francję przedostałem się do Anglii. Bardzo chciałem wrócić do Polski, by z bronią w ręku walczyć z wrogiem. Najszybsza droga wiodła przez szkolenie Cichociemnych. Do Polski zostałem zrzucony na początku 1943 roku. Wtedy poznałem łączniczkę, którą niedługo później poślubiłem. Mój niewielki oddział wysadził 3 pociągi Niestety, ostatnim razem odwrót nam się nie udał.  Trafiła  mnie śmiertelna kula, kiedy ranny osłaniałem odwrót przyjaciół, pochowano mnie w polu, przy drodze….
Obudziłam się, nie zdążyłam panu Picowi zadać nawet jednego pytania. Opowiedziałam cioci o snach, ona oczywiście wiedziała, kogo spotkałam i dodała: „Każdy z nich za swoje zasługi wojenne otrzymał Krzyż Virtuti Militari oraz Krzyż Walecznych”.  Pociąg właśnie zatrzymał się na peronie.

Po godzinie przyglądałam się grupie starszych ludzi. Trudno uwierzyć, jak pogmatwane były ich losy, ilu stracili przyjaciół, ilu zabili wrogów. Dziś mówią, że cieszą się wolnością swojej ojczyzny. 

Wojna odbiera to, co jest najcenniejsze

Czy we współczesnych czasach na pozór zwykła dziewczyna poświęciłaby swoje życie w imię Polski? - odpowiada Sara Sołtys.

                                                           „Wojna odbiera to, co jest najcenniejsze”
    Ledwo weszłam do zatłoczonego pociągu. Trzeba być szaleńcem, żeby wracać do domu w godzinach szczytu, szczególnie w niedzielę. Dobrze, jestem w pociągu, już jadę, nawet mam bilet, ale mądrą decyzją byłoby, gdybym zdecydowała się zająć jakieś miejsce. Przemierzam przedziały jak najszybciej, w końcu walczę o miejsce, na którym będę siedzieć przez pięć godzin, a może jak mi się poszczęści, to cztery. Co otwieram drzwi, to jakaś zwariowana rodzinka z trójką dzieci, które najwyraźniej nie mają ochoty przestać krzyczeć albo stare panie, które chętnie odmówią ze mną dziesiątkę różańca i pośpiewają psalmy. Nie, dziękuję, wolę odpocząć.
    Chwytam za uchwyt i przeciągam drzwi, spodziewając się najgorszego. Jakim zdziwieniem jest dla mnie, kiedy widzę, że to wnętrze ma zupełnie inny wystrój od pozostałych. Na oknie wiszą zaciągnięte zasłony w kolorze czerwonego wina. Natomiast pod nim umieszczony został drewniany stoliczek, a na nim mała kremowa lampa, która jest zapalona. Na siedzeniach, a właściwie na kanapach, które obite są materiałem w kolorze zasłon, siedzi starsza kobieta, jest sama. Jest ona ubrana w elegancki szary sweterek z aplikacją z pereł na dekolcie oraz w czarną, plisowaną spódnicę za kostkę, a pod ręką ma torebkę ze złotym łańcuszkiem. Zauważam, że płacze, gdyż trzyma w ręce materiałową chusteczkę z koronką. Siadam naprzeciwko niej, by ją obserwować. Jestem niesamowicie głodna, więc wyciągam moją bułkę z sałatą i serem owiniętą w sreberko. Zauważyłam, że odrywa się ona od swojego kawałka materiału i patrzy się ze zdziwieniem na moją bułkę, a raczej sreberko. Co w tym dziwnego? Może jest głodna? Pytam się jej:
- Potrzebuje Pani czegoś?
- Dziękuję, nie. Jedynie czego potrzebuję teraz to szczęścia - odpowiada z żałością w głosie.
Zainteresowała mnie, więc brnę w temat dalej.
- Co jest pani szczęściem?
Zrozpaczona patrzy się w martwy punkt i uśmiecha się do siebie, jakby to było coś oczywistego.
- Moja wnuczka.
No tak, to było oczywiste, każda babcia widzi szczęście w swoich wnuczkach.
- Jedzie pani do niej? – Zapytałam, będąc prawie pewną, że uzyskam pozytywną odpowiedź.
Szczerze? Kobieta właśnie zmarszczyła brwi i spojrzała się na mnie, jakbym zgrzeszyła, powiedziała coś złego.
- Ale ona nie żyje, kochanie.
W tym momencie zaczęła jej się trząść ręka i upuściła mokrą chusteczkę na podłogę. Zaczęła histerycznie płakać, nigdy nie widziałam aż tak zrozpaczonego człowieka. Nie mogłam w to uwierzyć, to na pewno nie do opisania, jak ona musi się teraz czuć. Już chyba wiem, dlaczego nie ma tu nikogo. Nikt nie umiał jej pomóc lub po prostu uciekał. Wszyscy uznawali ją za podstarzałą wariatkę. Ja chcę jej pomóc.
- Pragnę wesprzeć, ale podejrzewam, że nie chce się pani z tym dzielić z obcą osobą. Jeśli jednak uzna pani, że można mi zaufać, to proszę się nie krępować.
Myślę, że postąpiłam słusznie. Początkowo pasażerka nie odzywała się, jednak po jakichś dwudziestu minutach zdecydowała się zabrać głos.
- Moja wnuczka była sanitariuszką o pseudonimie „Inka”. Została umieszczona w więzieniu w Gdańsku jako więzień specjalny. Była bita i poniżana, ale mimo to odmówiła składania zeznań obciążających członków brygad wileńskich AK. 28 sierpnia 1946 została zabita. Oskarżenie było całkowicie absurdalne. Ince zarzucono osobisty udział w zastrzeleniu funkcjonariuszy UB i MO podczas starcia koło miejscowości Podjazy z oddziałem Łupaszki, a nawet wydawania rozkazów, pomimo że była jedynie sanitariuszką oddziału. Moja kochana Danutka, miała mieć dzisiaj 18 lat. Mimo, że zginęła w tak młodym wieku, to broniła honoru swojego i ojczyzny. Jestem z niej dumna.
Przytuliłam ją, tylko tyle jestem w stanie zrobić, przynajmniej tak mi się wydaje. Nie wiem, czy jestem we śnie, czy na jawie lub czy ta kobieta jest duchem, czy też człowiekiem. To nie jest ważne. Ważne jest zadać sobie pytanie: Czy we współczesnych czasach też na pozór zwykła dziewczyna poświęciłaby swoje życie w imię Polski?


Pociąg tragicznej przeszłości

Co pamięta serce - zastanawia się Agnieszka Baranowska.


Pociąg tragicznej przeszłości
            Sobota rano. Słyszę rozrywający uszy wrzask budzika. Wstaję. Idę się uszykować. Po jakiś 30 minutach zaspana zmierzam do autobusu. Wsiadam do pojazdu, potem przesiadam się na tramwaj. Zamykam zmęczona oczy… Wysiadam na przystanku „POZNAŃ GŁÓWNY”. Kroczę szybkim tempem przez szare i śmierdzące przejście podziemne. Wchodzę do Centrum Handlowego. Mimo wczesnej pory jest tu dużo wesołych i gadatliwych ludzi. Udaję się do części, w której mieści się dworzec. Patrzę na tablicę i przekonuję się, że za 4 minuty odjeżdża mój pociąg. Biegiem kieruję się na odpowiedni peron i wskakuję do pojazdu. Mój transport startuje. Chodzę wśród przedziałów i szukam wolnego miejsca. Znajduję je dopiero w pomieszczeniu zajmowanym przez siedmiu… harcerzy. Pytam się czy jest wolne, oni zgodnie kiwają głowami, że tak. Jeden z nich, wysoki blondyn, pomaga mi włożyć moją walizkę na wysokie raszki. Dziękuję mu i zajmuję swoje miejsce. Właśnie w tej chwili spostrzegam, że coś jest nie tak z tym pociągiem. Cały wygląda jak te, które widziałam w podręczniku od historii… były one chyba z lat 40 XIX wieku?! PKP schodzi na psy! Z tego głębokiego szoku wyrwali mnie moi współpasażerowie.
- Ładną dziś mamy pogodę. Podoba się pani?- rzekł chłopak z dziewczęcą buźką.
Popatrzyłam przez okno i dostałam następnego szoku. Za oknem świeciło wrześniowe słońce, a przecież 20 minut temu wyjechaliśmy z Poznania, w którym wydawało się, że cały świat pogrążył się w głębokim smutku. Nie można się dziwić, przecież dziś kolejna rocznica…
- Tak, bardzo ładna ta dzisiejsza pogoda - oznajmiłam z lekkim uśmiechem.
- Nie wiem czy to stosowne pytanie, ale powie pani nam dokąd się wybiera?- zapytał z zakłopotaniem mieszającym się z ciekawością na jego przystojnej twarzy.
- Nie, skądże. Jadę poszukać sobie mieszkania i załatwić kilka spraw związanych ze studiami. Rozpoczynam naukę na uniwersytecie.
- Pani jest studentką? My też w tym roku zaczynamy studiować. Właśnie wracamy  do domu z naszej górskiej wycieczki. Po drodze postanowiliśmy również zobaczyć w końcu ten piękny Poznań! - powiedział z entuzjazmem, a jego przyjaciele zajęci wspólnymi wygłupami mu zawtórowali.
„ Piękny Poznań”… serio?! Taki piękny to on nie jest, nie przesadzajmy. Właśnie w tej chwili chwyciła mnie migrena. Poinformowałam moich towarzyszy o zaistniałym fakcie, wzięłam tabletkę i poszłam spać. Obudziłam się dopiero, gdy pociąg zmierzał już do końca swojej trasy. Wstałam, pożegnałam się z chłopakami i poszłam do wyjścia. Zajechaliśmy na stację i otworzyły się drzwi. Gdy zeszłam ze schodków i ściągnęłam swoją walizkę, drogę przeciął mi mały chłopiec ubrany w kaszkiet i trzymający w ręku gazetę, którą wymachiwał niczym jakaś staroświecka babcia, swoim wachlarzem wykonanym w Dubaju, arcydziełem z lat 80, w upalny dzień. Nagle do moich uszu dotarł skowyt syren policyjnych i wrzaski ludzi. Co się dzieje?! Przecież dzisiaj nie jest 11 listopada. Rozpychając się łokciami, doszłam do kasy w celu zakupienia biletu na powrót. Była tu duża kolejka. O co chodzi? Wakacje się skończyły, a całe rodziny obładowane tabunami walizek czekały, nerwowo spoglądając na siebie. Usiadłam. Jestem zmęczona po podróży…
            Co?! Co to za dziwny język?! Niemcy… O co chodzi? Otwieram oczy i… na moją głowę pada deszcz. Zwracam swoją głowę do góry i… NIC. Dosłownie nic tam nie ma, widzę tylko granatowe niebo. Gdzie dach?! Patrzę, a tam żołnierze, ale nie polscy. Chwila, oni mają swastyki na mundurze?! Ten fakt mnie rozbudził. Dziwne to… Zrywam się z miejsca, zabieram walizkę i biegnę. Patrzę na ściany dworca. Wiszą na nich okropne fotografie. Rozstrzelani ludzie przed kamienicą, tortury w Oświęcimiu, dziewczynka płacząca nad ciałem matki… Biegnę i nie wiem, dokąd zmierzam. Słyszę huki, które rozrywają pozostałości budynku. Nagle widzę wyjście. Wychodzę na zewnątrz. Gdzie ja jestem? To chyba kaplica… Otwieram jej drzwi i moim oczom ukazuje się grupka, pogrążonej w nostalgii, młodzieży. Padam zmęczona na ławkę. Nikt mnie nie zauważył, jakbym była… niewidzialna. Przyglądam się każdemu po kolei. Nagle spostrzegam, że wśród żałobników stoi mój współpasażer z przedziału. To ten chłopiec z dziewczęcą buźką. Patrzę na ołtarz. Stoją tam dwa zdjęcia… jego kolegów, pamiętam ich! O, nie! Oni chyba nie żyją! Z twarzy młodzieńcza znikł uśmiech, pojawiły się w zamian blizny, te fizyczne i psychiczne. Wstałam. Chwiejącym krokiem zbliżam się do owej postaci. Zauważył mnie… zbliża się do mnie i mówi: „ Jak się podoba pani dzisiejsza pogoda?”. Z jego twarzy spływa kropla łzy. Spogląda w niebo i kontynuuje: „ Dla mnie to najgorsza pogoda, jaka była nad Warszawą. Ona płacze. Płacze nad Alkiem i Rudym”.
Nagle słyszę: „ PRZYSTANEK POZNAŃ GŁÓWNY”. Co? Chwytam walizkę i wybiegam z tramwaju. Strasznie boli mnie głowa. Znowu zasnęłam w komunikacji miejskiej… muszę chodzić wcześniej spać. Nie rozumiem tylko jednego, dlaczego idę teraz przez szare i śmierdzące przejście podziemne, i płaczę z powodu, którego nie zna mój mózg, a pamięta serce. 



Moja prywatna wojna

Historia nauczycielką życia (Historia vita magistra est - rzekł Cycero) - to motto niewątpliwie przyświecało autorce kolejnego tekstu. Natalia Tarka napisała:


Moja prywatna wojna
Stary pociąg z sapaniem wtoczył się na peron. Było już dobrze po północy, kiedy biorąc walizkę, wchodziłam do przedziału. Kto to pomyślał, rezerwować bilet na środek nocy? Jednakże nie mogłam narzekać, to był jedyny sposób, żeby przed jutrem dostać się do domu.
            Wchodząc do przedziału, wrzuciłam bagaż na półkę i z ulgą oparłam się na sofie. „To tylko kilka godzin, nic się nie stanie, zdążysz” – mówiłam do siebie, jednocześnie nerwowo skubiąc skórki przy paznokciu. To, że bałam się pociągów, było faktem. Agata Christie wiele lat temu wpoiła mi lęk przed tego typu podróżami.
            Oparłam się o zagłówek, czekając, aż maszyna ruszy. Miałam nadzieję, że nie będę musiała siedzieć sama w przedziale, jednocześnie bojąc się, że usiądzie ze mną seryjny morderca, który mnie zastrzeli, gdy tylko wjedziemy do tunelu. „Opanuj się” – skarciłam sama siebie.
            Wtem drzwi się rozsunęły. Do przedziału weszła dziewczyna. Wyglądała na siedemnaście, może osiemnaście lat. Miała cieniutkie, sięgające do ramion blond włosy  i niesamowicie jasną cerę. Na płaszcz zarzuciła kolorową chustę. Położyła walizeczkę na półce i usiadła bez słowa naprzeciwko mnie. Pociąg ruszył.
            Po kilkunastu minutach zapomniałam całkowicie o mojej towarzyszce i zasnęłam. Nie wyglądała na taką, która mogłaby mnie zamordować.
 W snach pojawił się mój syn, krzyczał na mnie, łzy lały się z jego oczu. Trzymał za rękę swojego ojca, który się wyrywał, chciał odejść. A ja nie chciałam, żeby to robił. Nie chciałam, żeby odszedł, żeby złamał serca mojemu synowi i mnie.
Nagle z drzemki wyrwała mnie blondynka, nerwowo szepcząc, że musimy uciekać, że coś się dzieje.
            Szybko zerwałam się na nogi, wybiegłam, zapomniałam o bagażu. Idiotka, naczytałam się kryminałów, nawyobrażałam sobie, to teraz mam. Szary płaszcz dziewczyny trzepotał przede mną, kiedy przeskakiwała do drugiego wagonu.
            - Hej, zatrzymaj się – krzyknęłam, nie mogąc złapać oddechu. Ona odwróciła się i zniknęła w przedziale. Nie wiedziałam, co się dzieje, jednak dla bezpieczeństwa, wolałam być z kimkolwiek niżeli sama. Rozsunęłam drzwi.
            Sapnęłam ze zdziwienia. Na sofach siedzieli mężczyźni ubrani w mundury.
            - Co tu się dzieje – zapytałam – to jakaś gra, bal przebierańców?
Kobieta spojrzała na mnie smutno.
            - To nie jest gra. Chcieliśmy ci coś pokazać – wyszeptała – usiądź.
Posłusznie wykonałam polecenie, nadal zdezorientowana. Nerwowo obracałam obrączkę wokół palca.
            - Nazywam się Danuta Siedzikówna. Ten mężczyzna – wskazała na chłopaka o delikatnych rysach – nazywa się Tadeusz Zawadzki. Ci dwaj pozostali to Maciej Dawidowski i Jan Bytnar.
            Gdyby nie fakt, że mężczyźni wyglądali tak jak na zdjęciach, nie uwierzyłabym jej. Uznałabym ich za zwykłych przebierańców. Ale, Boże, przecież Alka, Rudego i Zośkę rozpoznałabym wszędzie – ci chłopcy byli dla mnie wzorem przez całe życie.
            - Ale jak… - dałam radę tylko wybąkać, przecież to tak czy inaczej było niemożliwe.
            - Joanno – odezwał się Zośka – nieprzypadkowo nas spotkałaś, Inka cię tu przyprowadziła, żebyśmy mogli opowiedzieć ci historię. Ale trzeba się spieszyć, w pociągu czai się Łowca Dusz. Złamaliśmy prawo zmarłych, przychodząc tutaj, a kiedy on nas znajdzie, odejdziemy bezpowrotnie.
            Westchnęłam krótko. Co tu się dzieje? Muszę wracać do domu, czeka na mnie mój Franuś, muszę się nim zająć.
            - Wiemy, że masz problemy. Ty znasz naszą historię, prawda? Wiesz jak z życiem pożegnało się każde z nas. Tym, co nam przyświecało, była lojalność, miłość, przyjaźń, byliśmy gotowi do poświęceń, rozumiesz?
            Pokiwałam głową. Alek, odchrząknął i podjął wątek.
            - Miałem dwadzieścia dwa lata, gdy pożegnałem się z życiem. Wiesz czego żałuję? Że nie mogłem pożegnać się z osobą, którą kochałem. Nie powiedziałem jej wszystkiego, co powinna ode mnie usłyszeć. Musisz pamiętać, że życie jest nieprzewidywalne, dlatego zawsze trzeba mówić, co się czuje, może nie być drugiej szansy.
            Pomyślałam o moim związku z Michałem, o naszym małżeństwie, o dziecku. O tym, jak zaczęliśmy się od siebie oddalać, okłamywać, coraz częściej milczeliśmy. Nie chwaliłam go, nie mówiłam jak bardzo go kocham i mu ufam. Teraz okropnie tego żałowałam. Tak bardzo chciałabym to naprawić.
            Następny odezwał się Rudy.
            - Doskonale też wiesz, jak ja zmarłem, Joanno. Poświęciłem się, ponieważ jedna śmierć jest lepsza od wielu. Czasami trzeba poświęcić siebie w różnych sprawach, nie stawiać na pierwszym miejscu własnych priorytetów, a myśleć o innych.
            Łzy zakręciły mi się w oczach. Znów pomyślałam o moim mężu. Zaniedbywałam go, praca była najważniejsza. Zebranie w firmie ważniejsze niż kolacja w domu. Nawet teraz – chociaż moje małżeństwo się sypało, ja jechałam na drugi koniec kraju w sprawach służbowych.
            - Tak bardzo żałuję – wyszeptałam cicho – ale boję się, że już nic nie da się naprawić.
            Inka podeszła do mnie i dotknęła delikatnie mojego ramienia.
            - Joanno. Spójrz na mnie. Wojna odebrała nam wszystko – miłość, przyjaźń, rodzinę, przyszłość, szansę na normalne życie. Nie pozwól, by twoja prywatna wojna zrobiła to samo. Walcz! Walcz o swoje, tak jak my to robiliśmy. Każdego dnia staraj się o lepsze jutro. Kochasz Michała, on ciebie także. Możecie jeszcze wszystko naprawić. Nie daj sobie odebrać tego, co dla ciebie najcenniejsze.
            Nagle coś załomotało w drzwi. Alek rzucił Ince zaniepokojone spojrzenie.
            - Musimy już iść, Joanno. Pamiętaj o tym, co ci powiedzieliśmy.
            Dziewczyna dotknęła mojego czoła, a ja zaczęłam tracić przytomność. Między zamykającymi się powiekami, w ostatnim momencie dojrzałam tylko jasny rozbłysk bieli. A potem już nic. Odpłynęłam.
            Obudziłam się, gdy już świtało. Pociąg wjeżdżał właśnie na warszawski peron. Spojrzałam w górę, żeby sprawdzić, czy nikt nie ukradł mi bagażu. Na szczęście walizka leżała na miejscu.
            Przypadkiem moje oczy spojrzały na drugą półkę, na której leżała kolorowa chusta. Wtedy dopiero ocknęłam się na dobre, przypomniawszy sobie zdarzenia ubiegłej nocy. Inkę, Alka, Rudego i Zośkę. To, co mi powiedzieli.
            Spojrzałam na zegarek, była ósma rano. Miałam pół godziny, żeby dotrzeć do sądu i porozmawiać z moim mężem. Powiedzieć, że bardzo mi zależy, kocham go
 i chcę spróbować jeszcze raz. Nie chcę dać się pokonać w swojej prywatnej wojnie.

            Kiedy tylko maszyna się zatrzymała, wybiegłam na peron, prosto na bitwę o moją przyszłość.