niedziela, 29 maja 2016

detektyw Klaudia Dębska

Pożar w Wołmontowiczach

       Na prośbę Jego Królewskiej Mości, Miłościwie Nam Panującego Króla Szwecji, Karola X Gustawa śpieszę donieść, iż w styczniu 1655 roku szlachcic Andrzej Kmicic  udał się do domu panny Aleksandry Billewiczówny, która została mu przeznaczona na mocy testamentu jej dziadka, Herakliusza Billewicza. Byłem świadkiem tego wydarzenia. Udało mi się ukryć w miejscu, z którego miałem dobry widok i razem z innymi służącymi mogliśmy obserwować niespodziewanego gościa. Młodzi przypadli sobie do gustu. Usiedli razem do stołu i długo rozmawiali. Kmicic musiał wrócić do Lubicza, gdzie zostawił swoich kompanów. Panna Oleńka kazała służącemu wyruszyć wraz z nim, w obawie przed wilkami. Podążyłem ich śladem.
  W Lubiczu na pana Andrzeja czekała tylko czeladź, gdyż towarzysze od kilku godzin siedzieli za stołem, zabawiając się kielichami i nawet nie zauważyli brzęczenia dzwonków za oknem. Kmicic dołączył do hulanki i swawoli, nie szczędząc od trunków i towarzystwa miejscowych dziewcząt. Kilka dni później Kmicic wraz z kompanami odwiedził swoją wybrankę. Razem zorganizowali kulig, w trakcie którego posłaniec przyniósł wieść o awanturze w Upicie, z udziałem towarzyszy pana Andrzeja. Był on zmuszony szybko wracać i zaradzić trudnej sytuacji.
      Sam Kmicic nie należy do najspokojniejszych mężczyzn, to odważny kawaler z ułańską fantazją. Ma podejrzanych kompanów, którzy słyną w całej okolicy z licznych bijatyk i hulanek. Ich zła sława dotarła również do panny Aleksandry, która to wypędziła całą tę kompanię z dworku.
       Kmicic był częstym gościem u Billewiczów, coraz goręcej miłując swą wybrankę. On również nie pozostawał jej obojętny. Zazdrościłem im tego szczęścia.
Ta sielanka nie trwała zbyt długo. Pewnego dnia, gdy jak zwykle śledziłem Kmicica wracającego z Wodoktów, zauważyłem, że jest bardzo zagniewany. Pędził przed siebie jak szalony. Trudno mi było dotrzymać mu tempa. Mimo moich starań niestety nie udało mi się. Dojechałem do Lubicza w chwili, gdy Kmicic zwoływał swoich żołnierzy. To od nich dowiedziałem się, że jego towarzysze zostali napadnięci przez Butrymów i zamordowani. Zastał ich leżących na ziemi i umierających. Nie mógł już im pomóc.
  Ogarnięty wściekłością i żądzą zemsty Kmicic ruszył do Wołmontowicz, gdzie wspólnie ze swoimi żołnierzami, podpalił zaścianek Butrymów i wymordował jego mieszkańców. To była przerażająca zemsta. Wśród dymu, pożogi i iskier buchających słupami do góry, żołnierze mordowali przerażoną ludność. Ich krzyki słychać było w pobliskich zaściankach. W kościołach dzwony biły na alarm. Ludność myślała, że to nieprzyjaciel napadł na nieszczęsnych Butrymów. Zewsząd słychać było płacz i szlochanie niewiast. Sam musiałem szybko uciekać, by ratować swoje życie. Mimo to nie przestałem śledzić Kmicica.
   Ten zaś schronił się w Wodoktach, u panny Aleksandry, o czym dowiedziałem się od służby Billewiczów. Cała szlachta natychmiast ruszyła w pogoń. Na skraju lasu znaleźli martwego konia należącego do Kmicica, szybko więc udali się do dworku panny Oleńki, myśląc, iż tam go znajdą. Jednak panna nie wydała Kmicica. Okłamała wielmożów i pozwoliła zbiec winowajcy. Wypędziła go potem, mówiąc, że ma krew na rękach i nie chce go więcej znać.
  Udałem się w ślad za Kmicicem i nie odstępuję go na krok. Myślę, że teraz z łatwością da się go namówić do wstąpienia w nasze szeregi. Nie ma już przyjaciół wśród swoich, spalił za sobą mosty i musi się ukrywać. Czyn, którego dokonał ,na długo pozostanie w pamięci jego rodaków. Trudno mu będzie wrócić do łask. Okrył się hańbą i złą sławą. Postaram się nakłonić go do współpracy, a ponieważ nader często kieruje się on sercem, a nie rozumem, więc wykorzystam tę słabość.  
Z jego pomocą szybko pokonamy opór Polaków.
               
 Z wyrazami szacunku i oddania, wierny sługa Waszej Wysokości
                                                           
Zygfryd Antoniusz Olbrachtowicz

Klaudia Dębska 1a
    


detektyw Julia Rzaniak


                                                  SPRAWOZDANIE
           Tajny list od detektywa śledczego Obiego, do Ekscelencji Karola X Gustawa.
 Pisze detektyw śledczy Waszej Wysokości, Obi. Dziś jest kolejny mroźny dzień stycznia, dokładniej 18 styczeń. Na zlecenie Ekscelencji obserwuję Andrzeja Kmicica.
  Chowam się za budynkami i widzę, że właśnie kieruje się do izby czeladnej, gdzie przebywa Panienka Billewiczówna, która jest jego przyszłą żoną. Będę obserwował ich pierwsze spotkanie.
Kmicic wchodzi do izby, śledzę wszystkie jego ruchy przez szparę zza wielkich odstających kamieni.
  Na pierwszy rzut oka Oleńka wydaje się być zachwycona, Kmicic również. Po chwili usiedli i zaczęli rozmawiać. Postanowiłem podejść bliżej okna, aby usłyszeć szczegóły ich rozmów. Panna mówi mu o tym, że zgodnie z wolą testamentu jej opiekunami jest cała szlachta laudańska. To nie podoba się Kmicicowi. Rozmawiali aż do północy, myślałem, że zamarznę na kość, ale na szczęście zabrałem ze sobą futrzany płaszcz oraz czapkę z lisiego ogona. Po północy Kmicic odjeżdża saniami do odziedziczonego majątku – Lubicza.
Do komnaty Oleńki wchodzi bliska jej osoba, najprawdopodobniej ciotka. Pyta jak spodobał się jej kawaler, a ta odpowiedziała „Ciotuchna, aj, ciotuchna!” okazując jeszcze większy zachwyt.

Drugiego dnia moich śledztw byłem świadkiem walki Kmicica z Wołodyjowskim. Gdy w dotarli do Lubicza, było tam już około trzystu Kozaków. Wołodyjowski wydał rozkaz ataku i po chwili na podwórzu rozpoczęła się walka. Żołnierze Kmicica, którzy przeżyli, uciekli do budynku i zaryglowali drzwi. Uniemożliwiło to dalszą bitwę, ponieważ Michał i jego towarzysze nie mogli otworzyć ciężkiego wejścia. W końcu zdenerwowany Wołodyjowski wyzwał pułkownika na pojedynek. Obiecał, że jeśli Andrzej go pokona, będzie mógł odjechać wolno. Kmicic przystał na tę propozycję.
  Po wyjściu na środek podwórza mężczyźni przedstawili się sobie.                    Narzeczony Oleńki oznajmił, że miał prawo porwać swą ukochaną, ponieważ byli sobie już dawno przeznaczeni. Dalej przyznał się do spalenia Wołmontowicz, lecz nie czuł się winny. Zapewniał potem, że nie miał złych zamiarów, przyjeżdżając na Żmudź. Wysłuchawszy tego, Wołodyjowski oskarżył Kmicica o spisek ze zdrajcami. W końcu mężczyźni stanęli naprzeciw siebie i rozpoczęli pojedynek, któremu przyglądało się mnóstwo osób (w tym także i ja, śledzący Kmicica).
  Michał zlitował się nad Kmicicem wypowiadającym słowa „kończ waść wstydu oszczędź” - pokonał Andrzeja, ugodziwszy go szablą w głowę. Nie zabił go jednak, lecz kazał ludziom zająć się rannym. Sam zaś wszedł do domu i odnalazł Oleńkę, której przedstawił się, oświadczając, że jest wolna.

 To już koniec Wasza Wysokość. Następną wiadomość przekażę, gdy znów zajdzie jakaś interesująca sytuacja. Proszę cierpliwie czekać.

Detektyw śledczy Karola X Gustawa, Obi.



detektyw Barbara Dembińska

Wasza Królewska Mość, jaśnie nam panujący Królu Karolu Gustawie,
Wiele trudu, forteli i intryg zajęło mi wykonanie rozkazu Waszej Królewskiej Mości wyśledzenia Andrzeja Kmicica, tego szlachcica, rycerza i awanturnika, ale także oddanego nam sługi, który w Kiejdanach przysiągł wierność księciu Januszowi Radziwiłłowi. Mogę go określić jako człowieka raptownego i zuchwałego, ale też eleganckiego i wystawnego, zakochanego w waćpannie Aleksandrze Billewiczównie z Wodoktów.
On to jako jeden z nielicznych szlachciców przystał na warunki ugody, którą sporządziliśmy z Radziwiłłami. Co prawda jak donosił mości książę Radziwiłł, tliły się w Kmicicu pewne wątpliwości, ale książę swą mową ukrócić je zdołał, a sam przez Kmicica zbawcą nazwan został. Następnie sumiennie i z pasją realizował rozkazy Mości Księcia. Na dowód tego zdobył Kiejdany, gdzie śmiało rozprawił się z buntownikami, walcząc w samym środku bitwy.
Niestety jak udało mi się dowiedzieć, upiwszy karczmarza zajazdu w Pilwiszkach, sprawa Kmicica przyjęła dla nas bardzo zły obrót w trakcie jego poselstwa z listami od mości księcia Janusza Radziwiłła przede wszystkim do Waszej Królewskiej Mości, ale i do polskich szlachciców. W tymże zajeździe Kmicic przypadkowo spotkał się z mości księciem Bogusławem Radziwiłłem, który to na głos część listów przeczytał, co wspomniany karczmarz podsłuchał i własnym słowem mi zaświadczył.
I tu jak mniemam Kmicic całą prawdę poznawszy, nigdy nie wyrzekł się wierności wrogiej nam Polsce, jeno zwiedzion zapewnieniami Radziwiłłów, oddanie im służył. Moje domysły potwierdziła udana próba porwania mości księcia Bogusława przez Kmicica. Książę Radziwiłł bohatersko uwolnił się z niewoli zabijając dwóch kompanów Kmicica, a jemu samemu strzelając z krócicy prosto w twarz. Wydawać by się mogło, że Kmicic poległ, jednak w moim fachu dopóki naocznie się nie przekonam dopóty drążyć będę, co na chwałę Waszej Królewskiej Mości niezmordowanie czynię.
Niestety moje przypuszczenia były słuszne, a dla naszego Królestwa, bardzo niekorzystne. Andrzej Kmicic przeżył, co więcej, własna krwią napisał do mości księcia Janusza Radziwiłła wypowiedzenie służby oraz zapowiedział zemstę. Jak się później okazało, nie odniósł skutku nasz podstęp wyjawiony przez mości księcia Bogusława, dotyczący zamiaru porwania Króla Jana Kazimierza przez Kmicica, który miał unieszkodliwić tego zdrajcę.
Słuch o Kmicicu zaginął. Po stronie polskiej pojawił się natomiast nowy, bitny rycerz, niejaki Babinicz. Informacja z pozoru niezwiązana z Kmicicem, jednakże piszę com wyśledził dalej. Tenże Babinicz wsławił się w obronie Częstochowy, miasta, które jako kolejne winno poddać się naszej niezwyciężonej armii. Jednak obecni tam żołnierze wraz z mnichami pod rządami przeora Augustyna Kordeckiego, którzy w tamtejszym klasztorze zamieszkują, bronili Częstochowy, ze wszystkich sił, a z murów obronnych słychać było śpiewy i modlitwy. Doszły mnie słuchy, że i cuda tam się działy.
Nasze ataki nijak zdobyć tego warownego wzgórza nie mogły. Nadzieje, które wiązaliśmy z dowiezioną największą kolubryną, pokrzyżował właśnie Babinicz, który w pojedynkę wysadził ją podstępnie i zuchwale. Udało nam się go pojmać i wtedy przyznał się naszemu dowódcy Millerowi, że nie nazywa się Babinicz, ale właśnie Kmicic. Pułkownik Kuklinowski był bliski ukrócenia życia tego zdrajcy, ale z pomocą trzech chłopów udało mu się uciec.
Kolejny raz usłyszałem o Babiniczu, w trakcie jego podróży z  królem Janem Kazimierzem, którego bronił zaciekle podczas bitwy z naszymi oddziałami w wąwozie w okolicy Białego Dunajca. Gdyby nie pomoc tamtejszych górali, wzięlibyśmy do niewoli zarówno króla Jana Kazimierza, jak i Babinicza. Po zakończonej bitwie ciężko ranny Babinicz wyjawił królowi, że naprawdę nazywa się Kmicic. Tę informację uzyskałem od naszego żołnierza rannego w wąwozie, któremu udało się powrócić do Szwecji.
Andrzej Kmicic niestety znów wydobrzał. Król Jan Kazimierz na zamku w Lubowli, jak dowiedziałem się od jednej z tamtejszych dwórek, oczyścił go z wszystkich plotek i darował mu wszystkie winy.
Mości Królu, wypełniając moje zadania pozostaję wiernie na straży. O tym, jakież to szkody Andrzej Kmicic naszemu krajowi wyrządzić jeszcze może, Waszej Królewskiej Mości niezwłocznie donosić będę.
Uniżony sługa Waszej Królewskiej Mości,

Magnus Olsson

detektyw Tobiasz Kołodziejczak

Andrzej Kmicic najbardziej niebezpieczny Polak w dzisiejszych czasach.
    Wielmożny królu Karolu X Gustawie, pragnę poinformować, że znalazłem Andrzeja Kmicica w obozie polskim, w klasztorze na Jasnej Górze. Z  Twego rozkazu obserwowałem jego poczynania i pragnę zdać Ci swoje spostrzeżenia.
    Przede wszystkim Kmicic znany jest w tych stronach jako Andrzej Babinicz, chyba tylko ksiądz Kordecki wie, jak ma naprawdę na nazwisko. Jest on wielkim patriotą i w służbie kraju jest w stanie poświęcić wszystko. Kmicic włada doskonale szablą, ale nie można go porównać do małego rycerza. Jest człowiekiem bardzo odważnym, ale i bardzo zuchwałym. W jego głowie powstał pomysł rozsadzenia naszej największej armaty. Było to lekkomyślne, ponieważ nie zdawał sobie sprawy, na jakie nibezpieczeństwo się naraża.
      Polacy zgodzili się na jego, wydawałoby się absurdalny, pomysł i Kmicic wieczorem wkradł się do naszego obozu. Tam wsadził sakiewkę z prochem do lufy naszej armaty, która wybuchła. Wybuch ogłuszył go i został oddany w ręce Kuklinowskiego. Kuklinowski z zemsty podpiekł Kmicica, ponieważ chciał go obedrzeć ze skóry żywcem i w ten sposób zapewniłby mu okrutną śmierć. Kmicic nawet w takiej sytuacji nie stracił zimnej krwi ani odwagi. Nie błagał o litość, tylko z podniesionym czołem oczekiwał na swój los.
            Wydawałoby się, że już po Kmicicu, aż tu nagle rodzina Kiemliczów, która była w służbie u Kuklinowskiego, uratowała Andrzeja. Okazało się, że byli to dawni kompani Kmicica. Wielbili oni swego wodza i chcieli wrócić do jego chorągwi. Sam Kmicic zgotował taki los Kuklinowskiemu, jaki był jemu przeznaczony.
            Niestety nie wiem, gdzie obecnie się on znajduje, ale wyruszam na dalsze poszukiwania.
            Uważam, że Andrzej Kmicic jest bardzo niebezpieczny, odważny, waleczny, sprytny i chytry. Jego jednoczesna lekkomyślność, brawura i zuchwałość mogą okazać się szczególnie niebezpieczne dla naszej wspaniałej Szwecji oraz dla najjaśniejszej osoby jego królewskiej mości Karola X Gustawa. Dlatego proszę o ostrożność, a także o kilku dodatkowych detektywów, którzy pomogą mi go znaleźć.
                                       Twój uniżony sługa
                                            Tobiasz Kołodziejczak 

   

wtorek, 5 stycznia 2016

Początek jeden, ale zakończeń wiele

Gdy opowiadanie rozpoczyna się słowami: 

"Wskoczyłam w ostatniej chwili. Serce tłukło się jak oszalałe. Myślałam, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie tak to wszystko miało wyglądać..."

trudno przewidzieć dokąd i którędy powędruje fabuła. Oto garść pomysłów uczniów klas pierwszych (posty poniżej).




Pech - Monika Błażejewska

,,Pech”


           Wskoczyłam w ostatniej chwili. Serce tłukło się jak oszalałe. Myślałam, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie tak to wszystko miało wyglądać .
          To był mój pechowy dzień . Nie tak wyobrażałam sobie najważniejszy moment w moim życiu. Byłam bardzo zestresowana. W podróż poślubną mieliśmy udać się do Japonii. Ogromna sala zamówiona, jedzenie przygotowane, goście zaproszeni wszystko było dużo wcześniej zaplanowane. Moja starsza siostra Ludwika, doświadczona fryzjerka i charakteryzatorka odpowiadała za to, żeby wszystko poszło po naszej myśli.
Robert, mój przyszły małżonek pracował w dużej korporacji razem z moją najlepszą przyjaciółką Martą. To właśnie ona nas ze sobą poznała. Tego feralnego dnia Robert właśnie wracał z pracy do domu, kiedy ja byłam w domu mojej mamy, bo właśnie tam przygotowywałam się do ślubu. Niestety w tym samym czasie zdarzyła się tragedia, którą oboje zapamiętamy do końca życia.
Na skrzyżowaniu ulicy Podgórnej i Małopolskiej dnia 15 grudnia, w dniu swojego ślubu, Robert miał tragiczny wypadek samochodowy. Ta wiadomość odmieniła moje życie. Zaraz po tym kiedy byłam już ubrana w piękną białą sukienkę, uczesana w warkocz i mocno umalowana, a on powinien już dawno tu być, przerażona Marta zadzwoniła do mnie i powiedziała tak :
-       Halo? Monika? Robert miał wypadek.
-       Co? Ale jak? Gdzie? Kiedy? Czy on żyje? - zdziwiona odpowiedziałam.
-       Tak, ale jest w ciężkim stanie i właśnie go operują. Przyjeżdżaj tu szybko!
-       Tak…. tak już jadę. Czekaj tam na mnie.
Właśnie wtedy uświadomiłam sobie że przed chwilą napiłam się alkoholu i nie mogę jechać samochodem. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Wybiegłam z domu i, ponieważ tuż za rogiem mieliśmy dworzec autobusowy, to w ostatniej chwili pięknie umalowana i w sukni ślubnej wskoczyłam do autobusu. W drodze byłam tak przestraszona, że się popłakałam. Nagle w połowie drogi autobus stanął w ogromnym korku. Stwierdziłam że nie mogę czekać, ponieważ może być to moja ostatnia szansa, aby zobaczyć mojego narzeczonego. Wstałam z miejsca, powiedziałam kierowcy, żeby otworzył drzwi i gwałtownie wyskoczyłam. Zaczęłam biec co sił w nogach, aż w końcu dotarłam na miejsce. Cała zdyszana podbiegłam do pielęgniarki i powiedziałam:
-       Pół godziny temu przywieźli tu mojego narzeczonego Roberta Pilarka po wypadku samochodowym
-       Mhm... tak, tak, drugie piętro, sala 67.
-       Dziękuje bardzo.
Na górze czekała już na mnie Marta, a moi rodzice i niedoszli teściowie byli już w drodze. Od razu rzuciłam się jej w ramiona i znowu zaczęłam ryczeć jak dziecko.
Nie wiedziałam co robić. Wtedy przyjechali moi rodzice, a z sali operacyjnej wyszedł pan doktor. Oznajmił nam, że z Robertem nie jest tak źle jak przypuszczał i operacja się udała. Byłam szczęśliwa jak nigdy dotąd. Niedługo potem mogłam go zobaczyć i porozmawiać z nim.
                Nasz ślub odbył się kilka miesięcy później. Tego dnia jeszcze bardziej się o niego bałam, ponieważ teraz, gdyby coś takiego wydarzyło się ponownie, to nie tylko ja straciła bym męża, ale i nasze dziecko ojca.



Nowy dom - Weronika Bukowiak


                                                                              „NOWY DOM”

Wskoczyłam w ostatniej chwili. Serce tłukło się jak oszalałe. Myślałam, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie tak to wszystko miało wyglądać.
Nie wiedziałam co robić. Strasznie się bałam. Myślałam, że mnie znajdą. Byłam już tak blisko celu. Pociąg ruszył ze strasznym stukotem. Stacja stawała się coraz bardziej odległa. Wagon był pusty i ciemny. Trochę się uspokoiłam, ale nadal miałam uczucie strachu, jakby ktoś mnie ciągle gonił i był tuż za mną.Usiadłam. Schowałam głowę między kolana i próbowałam się zdrzemnąć.
Nagle, usłyszałam głos.
- Nie bój się, jesteś już bezpieczna.
Wstałam i z przerażeniem krzyknęłam.
- Kto to?!
Z ciemnego końca wagonu wyszła chuda, rozczochrana i brudna dziewczyna. Miała może z czternaście lat. Była tak samo przerażona jak ja. Spod jej rozczochranych włosów opadających na twarz spoglądały na mnie z niepewnym uśmiechem wielkie, błękitne oczy.
- Jestem Zosia.
- Nie zrobię ci krzywdy, nie bój się - powiedziała.
Wcale się nie bałam, ale moje zdziwienie budziło niepokój.
- Co tu robisz, dlaczego milczałaś, kim jesteś?- pytałam.
- Jestem sierotą. Moi rodzice zginęli podczas ataku obcych. Jestem sama. Mam trochę jedzenia, chcesz? Na pewno jesteś głodna.
Byłam zdziwiona i ciągle czułam się niepewnie. Przez ostatni rok wędrowałam sama. Byłam jak odludek. Ale nie miałam w ustach nic od doby.
- Poproszę, chętnie zjem- odpowiedziałam.
Zosia okazała się dobrym człowiekiem i towarzyszem. Była jak ja, samotna                  i przestraszona. Jechała pociągiem od wielu dni w kierunku miasta SUN OF CITY, które podobno jako jedyne przetrwało atak.
Zosia opowiadała, że jest to miejsce, do którego udają się ludzie, aby rozpocząć wszystko od nowa. Miasto otoczone jest wielkimi murami. Jest bezpieczne.
Pomimo wygranej z obcymi, wciąż wielu z nich niestety pozostało na ziemi i w dalszym ciągu sieją spustoszenie i są niebezpieczni. Poczułam w sercu wielką radość, że od dzisiaj nie będę już sama.
Pociągiem jechałyśmy jeszcze dwa dni. Podróż nas wyczerpała. Czułyśmy nieogarnięty głód. Woda się skończyła. Postanowiłyśmy wysiąść i iść na poszukiwania. Wiedziałyśmy, że bez wody długo nie przeżyjemy.
Okolica, w której wysiadłyśmy, była spustoszona. Wokół nie było żywej duszy. Wiatr huczał między pustymi domami. Wioskę otaczał wielki las. Obeszłyśmy najpierw wszystkie domy. Szukałyśmy jedzenia, wody pitnej i przydatnych narzędzi. Niestety niewiele znalazłyśmy. Domy zostały splądrowane dawno temu. Udałyśmy się więc do lasu. Zdawałyśmy sobie sprawę, że aby przeżyć, będziemy musiały polować. Żadna z nas wcześniej tego nie robiła. Wiedziałyśmy jednak, że musimy dać radę.
Las był piękny. Cichy i spokojny, żył dalej swoim życiem, jakby nigdy nic złego się nie wydarzyło. Po wielu próbach udało nam się upolować zająca, ale tylko dlatego, że utknął w dole. Byłyśmy szczęśliwe, nie czułyśmy żalu, byłyśmy wdzięczne, że możemy coś zjeść. Po drodze w lesie nazbierałyśmy mnóstwo jagód, borówek i jeżyn. Do naczyń, które znalazłyśmy w wiosce, nalałyśmy po brzegi wody ze źródełek.
Byłyśmy najedzone i byłyśmy razem.
Nastał kolejny dzień. Obudził nas dziwny hałas.
- Co to?- powiedziała Zosia
- Nie mam pojęcia- odpowiedziałam.
- Ale lepiej się schowajmy.
Schowałyśmy się za krzakiem. Serca nam biły jak oszalałe. Nagle zza drzew pojawili się obcy. Byli straszni. Wysocy na co najmniej dwa metry. Mieli popielaty kolor skóry, małe oczy i wielkie ręce. Wyglądali jak potwory i z pewnością nimi byli. Szli razem, pewni siebie. Nie mieli broni. Wyglądali na zmęczonych i głodnych.
- Spójrz, tam są dzieci! - krzyknęła Zosia.
Faktycznie. Za nimi, w szeregu szły dzieci, w wieku od sześciu do ośmiu lat. Były brudne i przestraszone. Buzie miały zapłakane, a rączki związane.
Zosia zaczęła płakać.
- Dokąd je zabierają?- wykrztusiła przez łzy.
- Nie wiem- odpowiedziałam.
- Ale nie pozwolimy im na to.
- Spójrz, jest ich tylko dwóch. Widać, że są w drodze od dłuższego czasu. Na pewno są zmęczeni i głodni. Pójdziemy za nimi, a kiedy zasną, uwolnimy dzieci i uciekniemy.
- Tak jest- odpowiedziała bez zastanowienia Zosia.
- Musimy im pomóc, koniecznie.
W jej głosie słychać było desperację, lecz pomimo strachu, który ją ogarniał, wiedziała, że tak trzeba. Nie mogłyśmy tak po prostu siedzieć w tych krzakach i nic nie zrobić.
Zapadł zmierzch. Po całym dniu długiej wędrówki obcy wreszcie się zatrzymali i zarządzili odpoczynek. Już po paru minutach słychać było chrapanie jednego z nich. Drugi natomiast, miał stać na warcie. Był jednak tak zmęczony, że jego powieki robiły się coraz cięższe, aż w końcu usnął.
- Teraz, musimy ruszać natychmiast - powiedziałam.
- Ruszajmy - odpowiedziała Zosia.
Zbliżyłyśmy się jak najbliżej dzieci. Było ciemno i robiło się coraz zimniej.
- Hej, hej - szeptałyśmy w kierunku dzieci.
Nagle jedno z nich nas ujrzało. Spojrzało swoimi przerażonymi oczami w naszym kierunku, ale milczało. Podeszłam z nożem w ręce, który znalazłam w jednym z domów w wiosce i zaczęłam rozcinać pętle z rąk dzieci. Po kolei, jedno dziecko po drugim odsyłałam w kierunku Zosi, która czekała na nie schowana. Kiedy uwolniłyśmy wszystkie dzieci, zaczęłyśmy szybkim krokiem uciekać. Musiałyśmy być bardzo cicho, żeby nie zbudzić obcych.
Dzieci było dwanaścioro. Biegły za nami posłusznie. Były cichutko. Nie odzywały się nawet słówkiem. Wiedziały, że to zbyt ryzykowne.
- Biegnijmy wzdłuż torów. Może uda nam się złapać jakiś pociąg. Szybko, szybko- wołałam.
- Słyszycie…..
- Stukot kół, to pociąg- zawołałam.
- Faktycznie, chyba ktoś nad nami czuwa- krzyknęła szczęśliwa Zosia.
To był pociąg towarowy. W ostatniej chwili zdążyliśmy na stację.
- Udało się! Udało się!- krzyczałam.
Dzieciaki zaczęły skakać i biegać po wagonie. W ich oczach wreszcie było widać radość. Po chwili wszystkie rzuciły się na nas i zaczęły nas przytulać. Dziękowały ze łzami w oczach. Wtedy zrozumiałyśmy jak wiele udało nam się dokonać.
Pociągiem jechałyśmy przez kolejne kilka godzin. Nagle, pociąg się zatrzymał. Wyjrzałam przez okno i nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Moim oczom ukazał się piękny widok. Wielki mur, o którym opowiadała Zosia.
- Dotarłyśmy do SUN OF CITY!- krzyczałam.
- To niesamowite, dotarłyśmy do celu.
Wysiedliśmy z pociągu. Każdy patrzył i przecierał oczy ze zdumienia. Nagle brama się otworzyła. Stała w niej starsza, uśmiechnięta pani w siwych, długich włosach. Uśmiechała się do nas życzliwie a po jej policzku spływały łzy.
- Dzieci! - krzyknęła.
- Przybyły do nas dzieci! - powtórzyła. Była wzruszona naszym widokiem. Wszystkich mocno wyściskała i zaprosiła do miasta.
- Zapraszam- powiedziała.
- Od dzisiaj to wasz dom. Będziecie tu bardzo szczęśliwi, a najważniejsze, to będziecie tu bezpieczni.
Miasto było piękne. Czyste i zadbane. Ludzie byli bardzo życzliwi. Każdy nas serdecznie witał. Już w pierwszych chwilach poczułyśmy się naprawdę jak w domu.
Wiedziałyśmy, że nasza wędrówka dobiegła końca, że wszystkie złe chwile są za nami. Pragnęłyśmy tylko położyć się w ciepłym i czystym łóżku, zjeść ciepły posiłek i wypić gorące mleko do snu. Nastał dla nas nowy dzień. Jedno tylko nie uległo zmianie. Nasza przyjaźń i miłość. Wiedziałyśmy, że choćby nie wiadomo co się działo, choćby miał się skończyć świat, ja i Zosia będziemy już zawsze razem. 


                                                                       Weronika Bukowiak, kl. Ia