wtorek, 5 stycznia 2016

Test - Klaudia Dębska

,,Test”

   Wskoczyłam w ostatniej chwili. Serce tłukło się jak oszalałe. Myślałam, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie tak to miało wyglądać! Nie miałam pojęcia, że czeka mnie jeszcze wiele rożnych niespodzianek.
   Nazywam się Beatrice Prior, znaczy tak nazywałam się kiedyś. Teraz mam na imię Tris i jestem niezgodna, czyli mogę należeć do kilku frakcji. Przewodnicząca erudycji rządzi wszystkimi frakcjami. Niezgodnych uważa za niebezpieczeństwo i każe ich zabijać. Muszę ukrywać swoje pochodzenie, ponieważ boję się o życie swoje i rodziny. Od moich narodzin należałam do Altruistów, czyli pomagałam Bezfrakcyjnym. Gdy skończyłam 18 lat musiałam przejść test, który pokaże, do jakiej frakcji powinnam należeć. Mój test niestety nie przeszedł tak, jak tego chciałam. Dostałam zastrzyk, po którym prawie zasnęłam. Byłam w teście, który rozgrywał się w mojej głowie. Znalazłam się w sali pełnej luster. Po raz pierwszy mogłam długo patrzeć w swoje odbicie, gdyż nam altruistom nie wolno spoglądać w lustra. Nagle zobaczyłam psa. Był to owczarek niemiecki. Warczał, szczekał i ślinił się. W pewnym momencie zaczął na mnie biec, więc usiadłam i zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, koło moich kolan siedział szczeniak. Był wesoły i przytulny. Po pewnym czasie niedaleko mnie stanęła dziewczynka. Na sobie miała różową sukienkę i zaczęła wołać szczeniaka. Ten znowu automatycznie zamienił się w dorosłego, agresywnego owczarka i ruszył na nią. Bez wahania skoczyłam na psa. Podłoga się załamała, więc się obudziłam. Kobieta stojąca obok mnie była przerażona! Nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Kazała mi się szybko zbierać i wyjść z sali.
-       Jaki jest mój wynik? Do jakiej frakcji należę? - wypytywałam kobietę.
-       Musisz już iść! - wołała kobieta.
-       Jaki jest mój wynik!? - krzyknęłam.
-       Jesteś niezgodna. Powiedz wszystkim, że wynikiem twojego testu jest altruizm. Nie wolno ci nikomu powiedzieć, że jesteś niezgodna! Nawet rodzinie - mówiła kobieta.
-       Jak to? To co ja mam wybrać? Przecież jutro są wybory frakcji! - zamartwiałam się
-       Kieruj się intuicją, ale pod żadnym pozorem nie mów, że jesteś niezgodna - oznajmiła kobieta.
Zamartwiałam się, gdyż nie wiedziałam, jak długo będę w stanie ukrywać prawdę. 
      Nadszedł dzień wyborów. Każdy z nas został wywoływany po kolei. Mój brat podszedł do trzech szarych mis, które były różnie wypełnione. Każda z mis miała swoje logo frakcji: Altruizm, Erudycja, Nieustraszoność, Prawość i Serdeczność.
Musieliśmy przeciąć sobie skórę u ręki i kroplę swojej krwi wrzucić do odpowiedniej misy. Moi rodzice byli bardzo dumni, gdyż myśleli, że ja i mój brat wybierzemy Altruizm. Niestety tak się nie stało. Kropla krwi mojego brata spadła na Erudycje, ponieważ tak sobie zażyczył. Gdy przyszłą moja kolej, zawiedzeni rodzice z nadzieją uśmiechnęli się do mnie. Długo zastanawiałam, co wybrać. Nie chciałam zawieźć moich rodziców, ale czułam, że powinnam należeć do Nieustraszoności. I tak też zrobiłam. Ostatnie co widziałam, to miny rozczarowania moich rodziców.     Kiedy skończyły się wybory frakcji, wszyscy Nieustraszeni zaczęli biec w stronę wyjścia, więc pobiegłam razem z nimi. To, co zobaczyłam, mnie przeraziło!    Nadjeżdżał pociąg i wszyscy zaczęli do niego wskakiwać. Myślałam, że nie dam rady, ale jeden z doświadczonych pomógł mi wskoczyć. Jechaliśmy dość długo.
W tym czasie zdążyłam poznać dziewczynę, która tak samo jak ja dopiero dostała się do tej frakcji. Przez całą drogę śmiałyśmy się i narzekałyśmy na niebezpieczeństwo, na jakie nas narażają. Zanim zdążyłyśmy się obejrzeć, dojechałyśmy na miejsce. Niestety Nieustraszeni mają to do siebie, że nie ma nic bez ryzyka. Tym razem było jeszcze gorzej. Musieliśmy zeskoczyć z wagonu, tylko tym razem na dach i przez ogromną przepaść. Jak ktoś spadnie, nie przeżyje. Mi się na szczęście udało! Przebiegliśmy jeszcze kawałek i zobaczyliśmy kolejną przepaść. Nikt nie wiedział, co jest na jej końcu. Zgłosiłam się jako pierwsza, gdyż chciałam się dowiedzieć, co jest na dnie. Wszyscy patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Stanęłam na krawędzi, zamknęłam oczy i skoczyłam. Kiedy otworzyłam oczy, znalazłam się na wielkiej siatce obok przystojnego faceta. Jak się okazało, był to jeden z nauczycieli
Nieustraszonych. Pomógł mi zejść z siatki i na mnie spojrzał.
-       Ktoś cię popchnął? - zapytał.
-       Nie. Sama skoczyłam - odpowiedziałam.
-       Jak masz na imię? - dopytywał się nauczyciel
-       Jestem Tris Prior - oznajmiłam - A ty?
-       Ja mam na imię Tobajas - uśmiechnął się.
Zaprowadził mnie do sali, gdzie część Nieustraszonych już czekała. Długo opowiadali nam o tym, czego będziemy musieli się uczyć i to, co usłyszałam, mnie przeraziło. Będziemy się między sobą bić i zostaną tylko ci najlepsi. Bałam się, że ja nie dam rady i odpadnę już po pierwszych zawodach. Na szczęście mieliśmy czas na naukę.
    Po upływie kilku miesięcy przystąpiliśmy do bitw. Walczyłam z czterema osobami i z każdą udało mi się wygrać. Byłam najlepsza. Sprawdzali oni czy jesteśmy dość silni, by przejść test, dzięki któremu zostaniemy już na zawsze w tej frakcji. Nikt nie chciał powiedzieć nam, co to dokładnie będzie. Na szczęście moje relacje z Tobajasem się znacznie poprawiły. Pewnego dnia zaprosił mnie do siebie. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale bez zastanowienia pobiegłam za nim.
-       Powiedz mi prawdę. Jaki był twój wynik testu? - namawiał Tobajas
-       Przecież już mówiłam. Moim wynikiem jest Altruizm - odpowiedziałam niepewnie.
-       Ja wiem, że to nieprawda - nalegał - Jesteś Niezgodna i nie musisz przede mną tego ukrywać, ponieważ sam mam ten problem.
-       Naprawdę? Jesteś Niezgodny? - zdziwiłam się.
-       Tak i muszę powiedzieć ci coś ważnego. Test będzie rozgrywał się w twojej głowie. Musisz postępować jak Nieustraszona, czyli walczyć ze złem, które będzie stawać na twojej drodze - uprzedzał Tobajas
-       Jak to walczyć? - wystraszyłam się.
-       Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie - oznajmił.
    Czekałam dwa lata, aż będziemy w stanie przejść test frakcyjny. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Każdy z nas usiadł na wielkim fotelu. Obok niego stały dwie osoby. Jedna trzymała w ręce jakąś wielką strzykawkę, a druga stała przed wielkim monitorem. Nawet nie zauważyłam, kiedy ktoś wstrzyknął mi coś w kark. Natychmiast zasnęłam. Kiedy otworzyłam oczy, stałam na piasku. Wokół mnie nie było nikogo. Nagle poczułam, jak piasek zaczął mnie wciągać. Próbowałam się uwolnić, ale nic z tego. Złapałam za wystający korzeń drzewa i próbowałam podciągnąć się do niego. Z wielkim trudem, ale udało mi się wyjść z piasku. Niestety to nie koniec koszmaru. Usłyszałam za sobą jakiś głośny oddech. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam ogromnego, wściekłego byka. Po krótkiej chwili zaczął na mnie biec. Zauważyłam, że mam przy sobie ostry miecz. Szybko go wyjęłam i skierowałam w stronę zwierzęcia. Czułam wielki strach, ale wiedziałam, że dam radę go pokonać. Ja również pobiegłam w jego stronę. Miecz wyciągnęłam przed siebie i wbiłam w jego serce. Ten natychmiast się wykrwawił i umarł. W tym momencie piasek pod moimi nogami zaczął znikać. Szybko się obudziłam. Siedziałam na tym fotelu, na którym zasnęłam. Nie do końca wiedziałam, co się stało. Widziałam tylko, że wszyscy klaszczą. Tobajas podszedł do mnie i się uśmiechnął.
-       Brawo! Zdałaś test poprawnie! - ucieszył się.
-       Naprawdę? To cudownie! - nie wierzyłam w to co usłyszałam.
   Od tego dnia, aż do dziś jestem Nieustraszona i bardzo się cieszę. Często odwiedzam moich rodziców, a Tobajas jest moim mężem. Jedynie martwi mnie to, że nikomu innemu nie mogę powiedzieć o tym, jaka jestem naprawdę. Mam nadzieję, że dam radę utrzymać to w tajemnicy.

Klaudia
Dębska
1a

    

Przerażające Halloween - Karolina Pacholczak

Przerażające Halloween
            Skoczyłam w ostatniej chwili. Serce tłukło się, jak oszalałe. Myślałam, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie tak to wszystko miało wyglądać…
            Wczorajszego wieczoru spotkała mnie okropna przygoda. Tego dnia obchodzone było święto Halloween, a więc z Kasią, Kubą i Mateuszem poszliśmy wieczorem na zbieranie cukierków do Gruszczyna. Postanowiliśmy rozpocząć od starego, drewnianego domu otoczonego wysokim płotem w lesie. Drzwi od posiadłości były ogromne, a szyby w oknach popękane.
            - Trochę się boję – powiedziała przestraszona Kasia.
            - Czego ? Będzie świetna zabawa ! – krzyknął wesoły Mateusz.
Niebo powoli zaczęło ciemnieć.
            - Kto zapuka do drzwi ? – zapytałam.
            - Ja mogę – powiedział Kuba i od razu to uczynił.
Drzwi zaskrzypiały powoli otwierając się.
            - Jak to możliwe, że same się otwarły ? – zapytała zaniepokojona Kasia.
            - Nie mam pojęcia, ale wejdźmy do środka – odpowiedziałam zaciekawiona.
            Posiadłość wyglądała na opuszczoną. Na ścianach w przedpokoju wisiały zakurzone portrety, po suficie chodziły pająki, a na podłodze były poodrywane deski. Postanowiliśmy rozejrzeć się po domu. Razem z Kasią poszłyśmy do kuchni, a chłopacy do salonu.
            - Ani trochę się nie boisz ? – zapytała Kasia.
            - Może odrobinkę, ale uwielbiam takie przygody.
Nagle usłyszałyśmy krzyk dochodzący zza drzwi znajdujących się w kuchni. Ogromnie się przestraszyłyśmy i prędko pobiegłyśmy do salonu, w którym byli Kuba z Mateuszem.
            - Usłyszałyśmy krzyk zza drzwi w kuchni – powiedziałam zdenerwowana do kolegów.
            - Myślę, że najlepiej byłoby opuścić posiadłość – stwierdził Kuba. – To miejse jest bardzo dziwne.
Wbiegliśmy do przedpokoju. Chwyciłam za klamkę.
            - Drzwi się zatrzasnęły ! – krzyknęłam.
            - O nie ! – wszyscy wykrzyknęli równo.
Wróciliśmy do salonu, ponieważ Kuba odkrył coś dziwnego.
            - Widzicie regał z książkami ? Za nim znajduje się tajemne przejście.
            - Skąd to wiesz ? – zapytała Kasia.
            - Znalazłem mapę, leżała na stoliku – odparł.
Kuba z Mateuszem postanowili odsunąć mebel. Rzeczywiście, za nim było przejście. Po raz drugi usłyszeliśmy ten przerażający krzyk. Przestraszeni, bez wahania wbiegliśmy do tajemniczego przejścia.
            Nagle znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu. To, co tam zobaczyłam było okropne. Do ścian przybito ciała martwych ludzi. Marzyłam o tym, by wymazać ten widok z pamięci. Kiedy zgasło światło, po raz kolejny usłyszeliśmy krzyk.
            - Gdzie jest Mateusz ?! – zapytałam przerażona. Z oczu poleciały mi łzy.
            - Mateusz ! Mateusz ! – krzyczeliśmy, ale bez odpowiedzi.
            - Zniknął – powiedział Kuba.
            - Musimy trzymać się razem. Nie wolno nam się teraz rozdzielać – rzekła zapłakana Kasia. W pomieszczeniu znajdowały się kolejne drzwi. Kuba, zerkając na na mapę uznał, że prowadzą one do sypialni. Szybko do niej wbiegliśmy.
            Sypialnia była ogromna. Znajdowały się w niej schody prowadzące na piętro. Nad łóżkiem wisiało zakrwawione lustro. Nagle z lustra wydostała się czarna ręka, która złapała Kubę i ciągnęła w swoją stronę. Niestety nie byłyśmy z Kasią na tyle silne, by uratować kolegę. Kasia przytuliła mnie i powiedziała :
            - Musimy ich znaleźć za wszelką cenę.
Wbiegłyśmy po schodach na piętro. Pomieszczeniem, które znalazłyśmy była łazienka. W wannie zamiast wody znajdowała się krew. W niej leżał martwy Mateusz. Nagle schody zaskrzypiały. Weszła po nich starsza kobieta. Miała czarne włosy i czerwone oczy. Była ubrana w czarną suknię. W dłoni trzymała nóż, którym zraniła Kasię w szyję. Na moich oczach umierała najbliższa mi przyjaciółka.
            - Poddaj się – powiedziała tajemnicza postać.
Wyrwałam jej nóż. Uderzyłam nim w szybę w oknie i skoczyłam w ostatniej chwili. Serce tłukło się, jak oszalałe. Myślałam, że za chwilę wyskoczy mi z piersi. Nie tak to wszystko miało wyglądać …
            Na dworze panował mrok. Biegłam przez las, byle, jak najszybciej być w domu. Gdy wróciłam, mama zapytała, co się stało, ponieważ byłam cała zapłakana. Opowiedziałam jej całą historię.         
            - Musimy iść jutro na policję – powiedziała.
            - Wiem mamo. Kasia i Mateusz nie żyją, a Kuba jest uwięziony w lustrze!

            - Nie martw się córeczko. Wszystko się ułoży.

Skok życia - Ola Pastwa

,, Skok życia "
            Skoczyłam w ostatniej chwili, serce tłukło mi jak oszalałe, myślałam, że wyskoczy mi z klatki piersiowej. Nie tak to miało wyglądać, nogi po prostu odmawiały mi posłuszeństwa, gdyby nie delikatne pchnięcie w plecy straciłabym całe tygodnie przygotowań...
                Kiedy wuj Maciej stanął w drzwiach naszego domu, było wiadomo, że trzeba szykować się na jakieś nowe wyzwania . Maciej to starszy brat mojego taty, niespokojny duch, ciągle gna po świecie, a kiedy już wróci, to wymyśla różne, nowe zajęcia. Jego włosy są zawsze rozwiane tak, jakby łapał wiatr przygody, oczy łagodne i wesołe. Jest szczupły i żwawy, jego skóra wiecznie opalona dodaje mu urody. Ubiera się jak nastolatek, przez co wygląda na o wiele młodszego niż jest .
- Hej rodzinko, mam świetny plan - zawołał od progu .
- Super, opowiadaj - odrzekłam .
- Czy masz aktualne badania lekarskie, no wiesz te sportowe, co robiłaś na zawody jeździeckie.
- Mam, ale skoro potrzebne badania, to pewnie będzie coś ekstremalnego - powiedziałam przerażona pomysłem Macieja .
- Słuchaj, kiedy byłem w Indiach kopać studnie, poznałem chłopaka z Poznania, instruktora spadochroniarstwa, który chce nauczyć mnie skakać ze spadochronem - Maciej mówił bardzo szybko, bo kiedy był podekscytowany, to słowa same wylatywały mu z ust - pomyślałem, że byłoby super spędzić trochę czasu razem zanim wyjadę do Nepalu.
- Świetnie, ale raczej rodzice się nie zgodzą, wiesz jaka mama jest bojąca, a ojciec już na sam widok samolotu dostaje mdłości.
- Porozmawiam z nim, to jest duża szansa, przecież takie kursy są strasznie drogie, a my byśmy mieli darmowo, to ich przekona - powiedział wujek i pobiegł do ogrodu, gdzie byli rodzice. Następnego dnia  wczesnym rankiem jechałam z Maciejem na lotnisko. Byłam bardzo podekscytowana, wyobrażałam sobie, jak to będzie, kiedy opowiem w szkole moim koleżankom, że skakałam ze spadochronem. Szliśmy pewnym krokiem w stronę samolotu. Miało być jak na filmach. Z zadumy wyrwał mnie głos Macieja.
- Hej koleżanko, pobudka, jesteśmy na miejscu.
Przywitał nas znajomy wujka i zaprowadził do jednego z hangarów stojących na lotnisku. Okazało się, że do skoków trzeba się solidnie przygotować i nie wystarczy jeden dzień .
- Wujku nie mówiłeś, że będę musiała zrywać się przez tyle dni o szóstej rano, przecież są wakacje - powiedziałam z wyrzutem. Maciej tylko się roześmiał - daj spokój, to będzie przygoda twojego życia, a zresztą rodzice zgodzili się pod warunkiem, że dostaniesz trochę w kość.
 - Dzięki za taką przygodę, ale skoro już tu jestem to podejmuję wyzwanie. - Odpowiedziałam trochę naburmuszona .
                 Po wielu dniach ciężkich treningów byłam gotowa do skoku mojego życia.
               Kombinezon nie był tak elegancki jak to sobie wyobrażałam na początku. Im bliżej podchodziliśmy do samolotu, tym bardziej ogarniało mnie dziwne uczucie. Do tej pory ćwiczyliśmy tylko na ziemi i różnych symulatorach. Wstydziłam się głośno przyznać do swoich uczuć, bo nasza grupa była sympatyczna, ale i bardzo ambitna.  Ściszyłam głos i powiedziałam:
 - Wujku, chyba nie dam rady.
Spojrzał na mnie tymi wesołymi oczami, ścisnął mi dłoń - dasz radę. Po wejściu do samolotu otrzymaliśmy ostatnie instrukcje.
 - Pamiętajcie, skaczcie nad wyznaczonym celem, nie opóźniać wyskoków, bo jak minie komuś kolejka, to nie będę zawracał, poza tym nie mam zamiaru szukać was po całej okolicy, waszym celem jest wielka łąka.
Kiedy samolot osiągnął odpowiednią wysokość, zaczęliśmy ustawiać się w kolejce do drzwi, które zostały otwarte. Do oczu napłynęły mi łzy - co ja zrobiłam, chyba zwymiotuję – pomyślałam. W tym momencie poczułam ucisk dłoni wujka:
 – Pamiętaj, będę zaraz za tobą, jesteś świetnie przygotowana. Piotr, drugi instruktor, skacze  przed tobą więc masz asystę.
W tym momencie zobaczyłam w oddali ziemię, chciałam się wycofać , ale już było za późno, poczułam delikatne pchnięcie i już było po wszystkim...

           Kiedy spadochron się otworzył, a lot wyrównał, uspokoiłam się i zaczęłam obserwować okolicę z lotu ptaka. Pola wyglądały jak małe kartki papieru pokolorowane na zielono i żółto. Las wydawał się małymi krzaczkami, zobaczyłam nawet jezioro, które było oddalone od mojego domu o ładne trzydzieści kilometrów, a z tej wysokości wyglądało jakby było blisko, ale najpiękniejsze było po prostu niebo i chmury, które w zachodzącym słońcu lśniły niczym różowe waty cukrowe. Błękit nieba powoli przeistaczał się w pomarańcz, a ja leciałam jak na skrzydłach. Choć skok nie trwał długo, zaledwie parę minut, to wrażenia były niezapomniane. Maciej miał rację, to był skok mojego życia, a wspólny czas spędzony na przygotowywaniach pozwolił mi jeszcze lepiej poznać mojego wujka. 

piątek, 16 października 2015

Coś na Dzień Nauczyciela

Z okazji Dnia Nauczyciela pozwoliłam sobie odczytać taki oto malutki wykładzik (własnego autorstwa) 

Szanowni Państwo,
Mam świadomość tego, że za chwilę wypowiem zdanie, które wywoła wiele emocji, ale nie boję się tego powiedzieć. Mało tego. Udowodnię, że mam rację. Będziecie Państwo świadkami bezprecedensowego wywodu myślowego.
Drodzy Słuchacze,
Królową nauk jest MATEMATYKA!
Wiem, wiem, zaraz z oburzeniem historycy zaczną cytować Cycerona: „Historia magistra vitae est”.  Tak, tak, niewątpliwie macie Państwo rację, wszak wiadomym jest, że historia jest nauczycielką życia. Człowiek inteligentny, analizując dzieje przodków, dopatrzy się wielu analogii i nie powtórzy błędów minionych pokoleń. Ja jednak pragnę zwrócić uwagę na coś zupełnie innego – czymże byłaby historia bez…cyfr? To liczby pomagają dostrzec czasy przeszłe, a proste działanie matematyczne zwane odejmowaniem pomaga wyliczyć czasoprzestrzeń dzielącą współczesność od historycznych zawirowań.
Kiedyś dotarło do mnie zdanie, że w matematyce nie ma nic romantyzmu. A czymże jest romantyzm? Wzdychaniem, uczuciowością, indywidualnością…no właśnie – indywidualnością i tu znajdujemy sedno. Każdy z nas jest niezwykłą jednostką, która funkcjonuje najlepiej,  najwartościowiej, kiedy ma stworzone odpowiednie do życia i rozwoju warunki. A który z czynników jest potrzebny do tego, aby powyższe mogło się spełnić, a człowiek samorealizować? Już odpowiadam – potrzeba odpowiedniej przestrzeni życiowej, a tę wyliczyć można tylko dzięki… właśnie… tylko dzięki matematyce!
Szanowni Państwo, pozostańmy jeszcze chwilę przy sprawach sercowych. Czy ktoś zapyta ukochaną osobę, ile wynosi  pierwiastek trzeciego stopnia z 12.869? Nie. Czy ktoś zapyta o szereg Fouriera? Oczywiście, że nie. Tu wygrywa humanistyka, ale co się stanie z naszym romantyzmem, gdy  przejdziemy do konkretów… Zapytamy przecież ukochanego, gdzie wypłata. Na tym etapie życia przydaje się znajomość geografii… by dotrzeć do banku, ewentualnie – historii, gdy stała się ona już przeszłością. Niekiedy zapytamy dociekliwiej – ile tej wypłaty? I o co pytamy się tym zdaniem, drodzy słuchacze? O liczby. Tak, tak, o liczby. A co się dzieje, gdy zapytamy i o miejsce, i o kwotę? Szanowni słuchacze, to nic więcej, jak pytanie o PIN, a ów PIN to nic innego, jak kolejne liczby w naszym życiu. Nie oszukujmy się, matematyka jest wokół nas.
Czy kogoś jeszcze nie przekonałam? To dla opornych kolejny dowód. Mili Państwo, znacie zapewne powiedzenie: „Przez żołądek do serca”. Przecież to gastronomia, dietetyka  – rzekną niektórzy oburzeni. Oczywiście, będą mieli rację, ale…czymże byłby ten żołądek bez proporcji, jaki byłby ten żołądek bez biologii, na której owe proporcje bazują – na 3 części potrawy, 2 to witaminy i mikroelementy! Nie muszę przypominać, że i to zawdzięczamy matematyce.
Kończąc swój mini wykład o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenie…o, przepraszam, to nie ten tekst – o wyższości matematyki nad innymi naukami, pragnę Państwu zadedykować piosenkę. Jaką? Oto jest pytanie. Niczym szekspirowskie: „Być albo nie być”, bo zaiste nieodgadnionym jest, jaką piosenkę zadedykuję na koniec rozważań o królewskiej kondycji matematyki.

Dziękuję za wysłuchanie moich rozważań i zapraszam na ucztę duchową.

Ową ucztą duchową okazała się świetnie wykonana przez Anię z 2d i Wiktorię z 2c piosenka pt. "Ucz się polskiego"    
I wszystko jasne – królową nauk jest matematyka, ale cóż o niej wiedziałby świat, gdyby nie ojczysta mowa, w której nauczyciel przybliża sekrety liczb?
Aneta Kot

niedziela, 13 września 2015

Humor z zeszytów

Mól książkowy to "uczeń, który dużo się uczy i przeszkadza tym innym"

  czy    ????

czwartek, 10 września 2015

My, polonistki...

... poczułyśmy się wreszcie docenione 

List w sprawie polonistów
Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być - nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.
Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
- Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?
Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu -
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu...
Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.
Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.
A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła...
Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu - laury i akanty,
Ale ja mu - kadzidło i mirrę!
Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!
Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie
Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.
Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: - Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: -
... bo jest za co!

Dzięki Ci, Andrzeju Waligórski.     Dobra robota.

      

piątek, 29 maja 2015

3c radośnie tworzy :-)

Uprowadzone

-Okropnie teraz wygląda.
-No, po tym botoksie to tragedia - odpowiedziała zdegustowana Zygfryda.
-Wiesz w ogóle, gdzie my jesteśmy? - spytała Koncita.
Zygfryda rozejrzała się wokół siebie.
-Nie mam pojęcia. W tym wierzenickim lesie wszystko wygląda tak samo.
Dziewczyny poszły przed siebie, szukając drogi. Nim się obejrzały, zapadł zmrok. Nagle za nimi trzasnęły gałęzie. 
-Słyszałaś to? - zapytała zdenerwowana Koncita.
-Tak... Może to jakieś zwierzę?- łudziła się Zygfryda. -Chodźmy dalej.
            Po kilu minutach Zygfryda znalazła wejście do kanału, w którym się ukryły. Było tam ciemno. Pod butami chrzęściły im suche liście i gałęzie.
-Strasznie się boję - powiedziała Koncita. -A jeżeli ktoś nas napadnie?!
-Nie panikuj! Wydostaniemy się stąd, kiedy wzejdzie słońce.
-Jestem za młoda, żeby umierać! - zaczęła szlochać Koncita.
W pewnym momencie z drugiego końca kanału usłyszały tupot stóp.
-Dziewczynki, co tu robicie o tej porze?- zapytał jakiś nieznajomy mężczyzna. Miał około czterdziestu lat. Był wysoki, zadbany i miał na sobie idealnie skrojony szary garnitur.
- A kim pan jest?- spytały zdenerwowane przyjaciółki.
-Jestem Dobromir. Mogę wam pomóc się stąd wydostać, bo widzę, że się zgubiłyście.
-A skąd mamy wiedzieć, że nie chce nas pan nigdzie zaciągnąć?
-A po co miałbym to robić? No, chodźcie już. Robi się coraz zimniej. 
Dziewczyny po krótkiej naradzie przystały na propozycję pana Dobromira. Szły w ciemnościach dość długo, podążając śladem mężczyzny. Po chwili ujrzały biały budynek. Był ogromny. Dobromir wprowadził je do środka, tłumacząc, że mogą tu przenocować. Trafiły do czystego pokoju z dwupiętrowym łóżkiem. Czuły się dość dziwnie w tym zimnym i nieznajomym miejscu. Poszły spać. 
            Dziewczyny obudziły się w tym samym momencie, nie wiedząc do końca, dlaczego. Było ciemno i cicho. Słyszały tylko swoje oddechy. Nagle ciszę przerwał przeraźliwy krzyk jakiejś kobiety. Zygfryda zerwała się momentalnie z łóżka i chciała wyjść na korytarz. Nie udało jej się. Drzwi były zakluczone.
-Zamykałyśmy drzwi?- zapytała Koncitę.
-Nie, na pewno nie.
-Coś jest nie tak z tym miejscem. Na dodatek strasznie boli mnie głowa. Musimy... - zaczęła Zygfryda, ale w pół zdania przerwała, bo znów usłyszała krzyk. 
-Co tu się dzieje? - spytała spanikowana towarzyszka. -Boję się. Musimy uciekać. Masz przy sobie komórkę?
-Tak, ale nie ma zasięgu. 
-O Boże, o Boże, o Boże...- panikowała Koncita.
Dziewczyny po chwili namysłu doszły do wniosku, że warto spróbować wyważyć drzwi. Jedno uderzenie, drugie, trzecie... i... BUM! Za czwartym razem wylądowały na korytarzu.
Wszystko było białe. Podłoga, ściany, sufity. Znów panowała nieznośna cisza. 
-Uciekajmy stąd… - wyszeptała Zygfryda.
            Koleżanki zerwały się do biegu. Mijały korytarze z pozamykanymi drzwiami od pokojów. Nie wiedziały, gdzie szukać wyjścia. Nie pamiętały drogi, którą przyprowadzał je Dobromir. 
Nagle otworzyły się drzwi, które chwilę wcześniej mijały. Na korytarzu pojawiła się sylwetka wysokiego mężczyzny. Dobromira.
-A wy dokąd?! - krzyknął ze wściekłością. 
Przyjaciółki przyśpieszyły. Nie wiedziały, jak się poruszać w zawiłych korytarzach. Wszystko wyglądało tak samo. Było białe i sterylne. Błądziły. Już traciły nadzieję, że uda im się wyjść, gdy zauważyły główne drzwi na końcu długiego korytarza. Były szczęśliwe, bo myślały, że już za chwilę będą na wolności. Jednak ich radość znikła tak szybko, jak się pojawiła, ponieważ z korytarza po prawej stronie wybiegł Dobromir. Nie był jednak sam. Tuż za nim szło dwóch mężczyzn trzymających w dłoniach kaftany. Było bardzo źle. Nieznajomi chwyciły dziewczyny, ale te nie poddały się bez walki. Zaczęły kopać, gryźć i drapać paznokciami. Udało im się wyrwać obcym. Z całych sił ruszyły przed siebie, ale nadal gonił je Dobromir. Gdy Zygfryda odwróciła się, aby ocenić dzielący ich dystans, spostrzegła, że mężczyzna jest cały czerwony na twarzy i powoli brakuje mu oddechu. Nie miał kondycji. 
-Drzwi są otwarte! - ucieszyła się Koncita.
Wybiegły na dwór. Było bardzo zimno. Na ziemi leżał śnieg.
-Jesienią pada śnieg? - zapytała Koncita.
-Nie.
Wbiegły w las. Nikt już ich nie gonił. Były wolne, lecz nie przestawały biec. Gdy oddaliły się kilka kilometrów od dziwnego budynku, pozwoliły sobie zwolnić, wiedząc, że już nikt ich nie znajdzie. 
Po chwili uwagę Zygfrydy przyciągnęło ogłoszenie o zaginięciu dwóch dziewczyn, które wisiało na pobliskim drzewie. 
-O Boże... To przecież my - wyszeptała Zygfryda.
-„Zaginione we wrześniu. Ostatni raz widziane na Starym Mieście w Poznaniu"- czytała dalej Koncita.
-Przetrzymywali nas? Tyle miesięcy? Ja nic nie pamiętam... Nic... - płakała koleżanka.
-Ja też nie.. Wydawało się, jakby minął jeden dzień...
            Zszokowane przyjaciółki po krótkim odpoczynku ruszyły dalej. Do domu. 

Autorzy: 
Karolina Stankowska, Wiktoria Florczyńska, Jan Schondelmayer, Przemek Maciejewski, Jan Łukasik